Medytacja a zdrowie i „stan ducha”
Chyba każdy z nas marzy, żeby nie czuć bólu, iść przed życie przebojowo, bez stresów, będąc jednocześnie facetem szczęśliwym i spełnionym. Mężczyzną sukcesu. Cieszyć się i być szczęśliwym tu i teraz. Czy medytacja może nam to zapewnić?
Medytacja jest ostatnio coraz modniejsza na Zachodzie. Ludzie szukają czegoś nowego, niezwykłego, a czasem wręcz mistycznego.
Słowo medytacja pochodzi z łaciny (meditatio) i oznacza ni mniej, ni więcej tylko zagłębianie się w myślach, rozważanie, namysł. Wielu z nas kojarzy ją przede wszystkim z buddyzmem czy hinduizmem i praktykami Wschodu, nie zdając sobie sprawy z tego, że była stosowana również przez pierwszych chrześcijan. Jednak, tak naprawdę, medytacja nie należy do żadnego kręgu kulturowego, religii czy rasy. Żeby ją praktykować, nie trzeba wierzyć w jej skuteczność czy istnienie jakiejś siły wyższej.
Spotkanie Zachodu z medytacją
Łaciński źródłosłów też nie do końca oddaje sens medytacji, bo o ile w tradycji zachodniej skupiano się na powtarzaniu pewnej frazy, zwanej mantrą czy modlitwą, na Wschodzie Mistrzowie medytacji zalecają oczyszczenie umysłu z wszelkich myśli i wyobrażeń.
Na Zachodzie medytację rozpropagowali, przybywający do USA mnisi jogini, jak chociażby Swami Vivekananda, Paramahansa Jogananda czy Maharishi Mahesh Yogi, który zainteresował medytacją transcendentalną samych Beatlesów.
Co oferuje nam dziś medytacja?
Badania nad tą znaną od tysięcy lat praktyką rozpoczęto już w latach sześćdziesiątych i kontynuuje się je do dnia obecnego. Zebrany materiał dosyć wyraźnie i jednoznacznie dowodzi, że stan fizjologiczny ludzkiego organizmu podczas medytacji jest inny, niż w „normalnym”, codziennym stanie świadomości. Nauczyciele medytacji obiecują spokój, radość i odkrycie swojego wewnętrznego „ja”, a nawet kontakt z Bogiem (samadhi/nirvana), bo do tego ostatecznie ma ona, według nich, prowadzić. Starożytne pisma wspominają też o siddhi, czyli „nadnaturalnych” mocach jogicznych. Współczesna nauka postanowiła zbadać ten fenomen.
Stwierdzono, że u osób medytujących podnosi się poziom serotoniny, nazywanej potocznie hormonem szczęścia. Człowiek wprowadza się w stan spokoju i rozluźnienia, podobny do snu, z tą wszakże różnicą, że pozostaje świadomy. W stanie wyciszenia, oderwania się od codziennych obowiązków, łatwiej przychodzą rozwiązania trudnych problemów, gdyż nabieramy dystansu do codzienności i możemy na siebie spojrzeć z innej, nieznanej dotąd, perspektywy. Umiejętność tę stosuje się z powodzeniem w dzisiejszej psychologii, łącząc medytację z nauką i medycyną, szczególnie przy problemach emocjonalnych. Od 1979 roku Akademia Medyczna Massachusetts, a także w centrum leczenia nowotworów imienia Sloan-Kettering w Nowym Yorku stosują medytację dla poprawy zdrowia podopiecznych. Jak przekonuje dr Barrie Casseleth, „badania potwierdzają skuteczność medytacji. Jest niedroga i pozwala pacjentowi mieć kontrolę nad swoją chorobą, co w przypadku raka jest niesamowicie trudne. Ta terapia nie ma skutków ubocznych. Pacjenci świetnie się po niej czują”. W szkołach, w których wprowadzono medytację, zrobiono test. Zbadano dwie grupy uczniów, którzy do tej pory nie mieli styczności z medytacją. Jednej z nich zaproponowano zajęcia medytacji. Okazało się, że ich wyniki w nauce się poprawiły. Stali się bardziej spokojni i wyważeni. Nawet ci, z którymi rodzice wcześniej nie dawali sobie rady.
Eksperymenty z medytacją
Dr Herbert Benson, chyba najbardziej znany naukowiec zajmujący się tym zagadnieniem, odkrył w 1965 roku, że medytacja wpływa na ciśnienie krwi. Wraz ze swoimi współpracownikami z Harvardzkiej Akademii Medycznej przeprowadził w 1981 roku eksperyment (powtórzony w 2002 roku). Lekko odziani mnisi, podłączeni do specjalnej, badającej ich aparatury, wprowadzali się najpierw w stan skupienia w pomieszczeniu o temperaturze zaledwie 5°C, aż do osiągnięcia stanu głębokiej medytacji. Wtedy to towarzyszący im pozostali mnisi moczyli prześcieradła w wodzie o temperaturze 6°C i kładli je na ramionach medytujących. U przeciętnego człowieka powinno to wywołać drgawki, obniżenie temperatury ciała bądź wstrząs. W najgorszym wypadku może nawet doprowadzić do śmierci. Jednak z prześcieradeł praktykujących mnichów już po kilku minutach zaczęła unosić się para. Na skutek ciepła ciała, wyprodukowanego przez medytujących, prześcieradła wysychały w przeciągu godziny, a następnie ich miejsce zajmowała kolejna seria mokrych prześcieradeł. Każdy z mnichów miał obowiązek wysuszyć trzy prześcieradła w jednej sesji medytacyjnej. Co za pokaz niezwykłych umiejętności ludzkiego ciała! Może to właśnie mieli na myśli starożytni, pisząc o siddhi.
Komentarze
Dodaj komentarz
Dodaj komentarz
Zimne ręce – gorące serce
Temperatura na minusie, mroźny wiatr zrywa czapki z głów, śnieg skrzypi pod stopami – zima na dobre...











