- Strona główna »
- Podróże »
- Miejsca »
Uzależnieni od podróży: Ania i Robert Maciąg
Na szczęście są jeszcze na świecie ludzie, którzy potrafią gonić za szczęściem, a ich spontaniczność przekracza wszelkie granice rozsądku. Tacy jak Ania i Robert Maciąg. Przy życiu trzyma ich podróżowanie. A na świat najbardziej lubią patrzeć z wysokości siodełka. 9 maja 2011 roku w Traffic Clubie po raz pierwszy w Warszawie Ania i Robert Maciąg opowiadali o swoich przygodach.
Spotkanie zaplanowane na 18 zaczęło około 20 minut później. Jak się okazało, z powodów technicznych. Warto było zaczekać. Do Traffic Clubu przyszedł tłum ludzi. Po dwóch godzinach wiedzieliśmy, że to nie przypadek.
A wszystko zaczęło się od Roberta, który zamiłowanie do podróży wyssał chyba z mlekiem matki. W 2001 roku wyjechał na zagraniczne wakacje i jakoś jeszcze od tamtej pory nie wrócił do kraju na stałe. Odwiedził wiele miejsc, które przeciętny turysta zobaczyć może, co najwyżej w National Geographic.
Najlepszy środek lokomocji
W lutym 2004 roku wpadł mu do głowy nietypowy pomysł – wyjazd do Chin, Wietnamu i Kambodży. Nie byłoby w tym nic zdumiewającego, gdyby nie fakt, że zrobił to inaczej niż inni – na rowerze. Przejechał siedem tysięcy kilometrów w pięć miesięcy samotnej podróży przez rozległe Chiny, obszary Wietnamu, piaszczyste drogi Kambodży oraz dżunglę Laosu. Żył skromnie, nawet bardzo skromnie, jego dzienny budżet nie przekraczał 25 zł. Suma musiała wystarczyć na wszystko: jedzenie, hotel, a czasem na przejazd. Aż trudno w to uwierzyć, ale nawet jemu zdarzało się korzystać z transportu miejskiego. Menu Roberta nie było zbyt bogate: ryż – makaron, makaron – ryż. I tak na zmianę, czasami jeszcze gotowane węże albo koniki polne. Zobaczył i przeżył coś, o czym przeciętnemu turyście nawet się nie śniło. Po powrocie było oczywiste, że musi podzielić się tym wszystkim z innymi, dlatego napisał książkę „Rowerem przez Chiny, Wietnam i Kambodżę”, za którą otrzymał nagrodę Traveler przyznawaną przez National Gerographic.
Potem Robert poznał Anię i jego serce udało się w miłosną podróż, która twa do dzisiaj. Ania szybko zaraziła się pasją męża. Nie mogło się być inaczej: w 2006 roku razem ruszyli w długą drogę do Indii, oczywiście na rowerach, i to złożonych przez nich samych. Pod koniec maja tego roku ukaże się ich książka właśnie z tych czternastu miesięcy wielkiej niewiadomej i jeszcze większej przygody.
Skwarki to nie mięso
Ania i Robert naprawdę zarażają podróżowaniem. Na pierwszy rzut oka widać, że to nie tylko hobby, ale ich sposób na życie i to właśnie na rowerze. Nie lubią latać, bo ich zdaniem nie ma w tym żadnej przyjemności. To tylko siedzenie w fotelu. A 10 km niżej, tylko 10 km niżej, jest coś znacznie ciekawszego; toczy się prawdziwe życie.
Spotkanie z nimi było oderwaniem od codzienności, przeniesieniem się do innego wymiaru, w którym ludzie mają prawdziwe problemy, gdzie ważna jest pełna miska ryżu, gdzie nie myśli się o pogoni za liczbą cyferek na koncie. Gdzie, życie różni się o 180 stopni od tego, co znamy z codziennego życia. Nagrania wideo, mnóstwo zdjęć i wspomnienia, które są wciąż żywe – tym częstowali nas Ania i Robert. Mówili dużo, o wszystkim. O śmiesznych sytuacjach, o problemach albo o śmiesznych problemach. Jeden z nich dotyczył jedzenia. Oboje są wegetarianami. Często mieli z tym kłopot, bo w miejscach, w których bywali, wegetarianizm nie jest uznawany. Skwarki to nie mięso, a wszystko pobłogosławione przez mułłę jeść można. A nawet trzeba. Najlepszą wymówką okazała się alergia. Istnieje 90% prawdopodobieństwa, że po takim wytłumaczeniu nikt nie będzie namawiał nas do jedzenia mięsa.
Spotkanie z tymi rowerowymi podróżnikami dostarczyło widzom dużą dawkę śmiechu okraszoną mnóstwem ciekawostek. Dla tych, których zafascynowała ta nietypowa para, polecamy ich stronę internetową www.ku-sloncu.org. Można na niej znaleźć mnóstwo informacji, których – wierzcie nam – nie znajdziecie w zwykłym przewodniku.
Ania i Robert z niecierpliwością czekają na odpowiednią sumę pieniędzy na ich koncie. A potem? Kolejny wyjazd. Tylko pytanie, gdzie tym razem? Tego sami jeszcze nie wiedzą. Patagonia czy Jedwabny Szlak? Życzymy im tylko takich dylematów. A my czekamy na ich kolejną wizytę w stolicy.
Komentarze
Dodaj komentarz
Dodaj komentarz
Zimne ręce – gorące serce
Temperatura na minusie, mroźny wiatr zrywa czapki z głów, śnieg skrzypi pod stopami – zima na dobre...













