Konserwatysta wśród aut, czyli nieobiektywnie o rynku motoryzacji
Z przerażeniem spoglądam w przyszłość, na moment, gdy będę musiał kupić sobie samochód. Będę miał wtedy dużo pieniążków, pójdę do salonu, powiedzmy do T. i… padnę w kałuży łez, patrząc na te aluminiowo-plastikowe potworki składane dla japońskiej firmy przez Turków i Malezyjczyków.
Pójdę więc wtedy do firmy V. i… spotka mnie to samo. Zdesperowany, pobiegnę kupić coś od Amerykanów, ach, te ich legendarne krążowniki szos, palące 20 litrów na 100 kilometrów. Wejdę i zaatakuje mnie jeszcze większa plastikowa tandeta, a najboleśniejsze będzie to, że pan w salonie powie mi, że to samochód EKOLOGICZNY. Tak moimi oczyma wygląda obecnie rynek samochodów nowych.
Firmy idą na łatwiznę
Uważam, że niemal wszystko wyprodukowane po roku 2000 to, delikatnie mówiąc, tandeta. Dlaczego? Spójrzmy za nasza zachodnią granicę. Od lat 70. i pierwszych wersji Passata i Golfa, Volkswagen pracował na miano firmy produkującej auta niezawodne, mogące jeździć wieczność w najbardziej krytycznych warunkach. Co prawda, samochody nie wyglądały rewelacyjnie, jednak III generacja Golfa do dziś jest niezwykle chętnie kupowana (i, niestety, kradziona) właśnie z racji swej niezawodności i łatwości w naprawie. A co mamy dzisiaj? Wielka afera w Toyocie i Fordzie. Psujące się nagminnie drobnostki, których naprawa kosztuje całkiem nie mało. Oszczędności to teraz ich motto. Szukają ich wszędzie, zlecają składanie pojazdów w coraz to innych krajach, by było jak najtaniej. Polska i inne państwa bloku wschodniego jeszcze kilka – kilkanaście lat temu były dla firm motoryzacyjnych atrakcyjnym rynkiem. Dużo taniej siły roboczej. Jednak dziś ta siła jest już zdecydowanie za droga, więc uciekają do Turcji czy do państw Dalekiego Wschodu. Kończy się to spadkiem jakości i bezpieczeństwa. To, na co firmy motoryzacyjne pracowały latami – opinia o niezawodności, wytrzymałości i trwałości – przechodzi do lamusa.
Upiększone nie znaczy lepsze
Dodatkowo morduje mnie wygląd nowych pojazdów, które wyglądają jak zabawki oblane chromem i metalicznym lakierem. Teraz, gdy patrzę na samochód wyjeżdżający z fabryki, mam takie same uczucia, jak na widok słodziutkiej blondyneczki wychodzącej z solarium. Czyli mocno negatywne. Kiedyś auto wyglądało. Było surowe, kanciaste, z minimalną ilością obłych kształtów. Na początku lat 90. pojazdy zaczęły stawać się delikatniejsze, zbliżały się, według mnie, do granicy złotego środka między surowością a urodą. Jednak od 2000 roku wszystko runęło jak lawina i samochody zaczęły stawać się podobne do Teletubisi. Słodkie, delikatne i bez jakiegokolwiek wyrazu. Niestety, za wyglądem poszła też ich wytrzymałość. Nowe auta mają wytrzymałość na wszelkie nieszczęśliwe wydarzenia na poziomie cherlawych niemowlaków. Miejska stłuczka dla 15-letniego samochodu kończy się niewielkimi zarysowaniami, a dla nowego oznacza kilkudniową wizytę w warsztacie i niemałe koszty naprawy. Sytuacja ta jest wygodna dla wszystkich, oprócz właściciela, bo on traci, a zarabiają wszelkie firmy z całego świata. Od tych, które produkują lakiery do tych tworzących śrubki i żarówki.
W mediach nie raz i nie dwa słyszy się o tym, że zalewają nas szroty z Zachodu. Stare, wizualnie zdezelowane auta, które jednak jeżdżą i to naprawdę dobrze. Jaki jest z tego wniosek? Chyba oczywisty. Jedyna ewolucja w przemyśle samochodowym to taka, że robi się teraz odporniejszą na czynniki zewnętrzne karoserię. I nic więcej. Nasuwa się teoria o jednym wielkim spisku motoryzacyjnym, mającym na celu wydojenie z biednego konsumenta pieniędzy. Jak najwięcej pieniędzy. Jednak, czy szukanie teorii spiskowych wszędzie i we wszystkim ma sens? Czy może lepiej zacisnąć mocno zęby, zamknąć oczy i kupić nowy samochód?
Komentarze
Dodaj komentarz
Dodaj komentarz
Zimne ręce – gorące serce
Temperatura na minusie, mroźny wiatr zrywa czapki z głów, śnieg skrzypi pod stopami – zima na dobre...











