Tomasz R. Chiliński: Motorem na Nordkapp

Autor: Paweł Derwiński, redakcja: JB

(Nie)zwyczajni, Jednoślady, Miejsca, Mobilny facet, Podróże, Sylwetka tygodnia
01. marzec 2011

Z wykształcenia prawnik. Pracujący. Dwóch synów. W zasadzie – stateczny mężczyzna w średnim wieku. Nie uważa się za podróżnika. A jednak… zaledwie rok temu ruszył motorem na samotną wyprawę na Nordkapp – najdalej wysunięty na północ punkt Europy. Całkiem nieźle jak na „zwykłego turystę”.


Autozdjęcie, fot. TRC

Wybrane podróże:

1999 r. – Stany Zjednoczone (Kalifornia, Arizona, Utah, Nevada),
2002 r. – Brazylia (Rio de Janeiro),
2003 r. – Stany Zjednoczone (Waszyngton, Chapel Hill),
2004 r. – Litwa (Wilno),
2008 r. – Stany Zjednoczone  (Illinois, Indiana, Kentucky, Ohio, Wisconsin),
2009 r. – Litwa, Łotwa, Estonia, Rosja, Finlandia, Norwegia (Nordkapp),
2009 r. – Białoruś, Rosja (Katyń).


P.D.: Czym zajmuje się pan na co dzień?

T.R.C.: Namawiam ludzi do spłacania swoich zobowiązań. Często im pomagam, nie straszę, z kijem bejsbolowym nie pracuję (śmiech). Jest problem – staram się znaleźć rozwiązanie… Z wykształcenia jestem prawnikiem.

 

Łatwo pogodzić pracę z miłością do podróży?

Czy to miłość? Tak bym tego nie określał. Czy pasja? Chyba też nie. Po prostu lubię poznawać nowe miejsca, ludzi – to, jak żyją – zawieszać wzrok na czymś innym. Ogródek nie jest moim priorytetem. A czy można pogodzić? Można… chociaż tego czasu nigdy za wiele.

 

Podróżował pan m.in. za naszą wschodnią granicę, do Brazylii, do Stanów… Którą z wypraw najlepiej pan wspomina?

Nie ukrywam, że lubię jeździć do Stanów. Jest to duży kraj z wieloma ciekawymi i pięknymi miejscami do obejrzenia. Drogi, baza hotelowo-motelowa, stosunkowo niewielkie koszty wynajmu samochodu, wiza wielokrotna, samolot za ocean w cenie 1700–2000 złotych – to wszystko sprzyja turystyce. Można zaplanować, co się chce zobaczyć, a resztę – czym podróżować, gdzie spać i gdzie jeść – pozostawić improwizacji… czyli wolność. To w końcu Ameryka.

 

Ile razy był pan już w USA?

Cztery. Pierwszy raz w 1998 roku, potem w 1999, 2003  i ostatni raz w 2008 roku. W 2003 roku byłem przez tydzień, poleciałem z synem do Waszyngtonu. Chciałem mu pokazać to miasto oczami Forresta Gumpa, czyli zwiedzić miejsca, gdzie toczy się akcja filmu. A potem wynajęliśmy harleya i pojechaliśmy do Północnej Karoliny, do Chapel Hill,aby zobaczyć miejsce, gdzie Michael Jordan zaczynał swoją karierę koszykarską.

 

Jazda harleyem po Stanach dla aktywnego motocyklisty musi być magicznym przeżyciem.

I tak, i nie. Oczywiście, jeśli jeździć w Stanach na motorze, to na harleyu, ale ten typ motoru mi raczej nie leży. Wolę motory typu szosowe enduro. Jeździ się na nich wygodniej, dzięki czemu można jechać wiele kilometrów. Kiedy odbywałem podróż na Nordkapp, przemierzałem dziennie po 500–600 km. Na motorze typu harley davidson jest to chyba niemożliwe. Nie mówiąc już o tym, że do harleya potrzebne są dobre drogi, a mój Moto Guzzi, dzięki przedniemu 21-calowemu kołu, radzi sobie dobrze z dziurami w drodze…

 

W Stanach korzystał pan z niezwyczajnej gościny.

Tak, wtedy gościliśmy w Waszyngtonie u członków Servasu. Jest to międzynarodowa organizacja skupiająca ludzi z całego świata, którzy uważają, że rozmowa, poznawanie się nawzajem – swoich obyczajów, zainteresowań – prowadzi do tego, że ludzie nie wojują. Podoba mi się to. (Więcej na ten temat można przeczytać na stronie www.servas.pl – przyp. red.).

 

Na jakiej zasadzie funkcjonuje ta organizacja? Jak pan nawiązał z nimi kontakt?

Do Servasu wprowadziła mnie moja, nieżyjąca już niestety, znajoma – Krystyna Usarek. Emerytowana dziennikarka Polskiego Radia, była więźniarka obozu w Ravensbruck. Po wojnie była nawet wiceprzewodniczącą organizacji byłych więźniarek i z racji tej funkcji poznała Servas. Do 1989 roku Servas był w Polsce organizacją nieoficjalną. Później się zalegalizował, teraz wydaje biuletyny informacyjne dla swoich członków.

 

Czy za pośrednictwem Servasu nawiązał pan dużo znajomości z ludźmi z innych krajów?

O, tak. Byłem u członków Servasu w Brazylii, we Włoszech, w Stanach, w Szwecji. Sam gościłem ludzi z Włoch, ze Stanów, z Francji. Poznawanie kraju z mieszkania jest o wiele głębsze – prawdziwsze niż przez okna 4-gwiazdkowego hotelu.

 

To prawda – bo poznaje Pan to, w jaki sposób żyją miejscowi...

…jak mają urządzone mieszkanie, co jedzą, jak spędzają wolny czas, a nawet – jak pracują. W Stanach byliśmy na przykład u Haidena, który pracował w Departament of Commerce. Pewnego dnia poszliśmy z nim do jego stołówki pracowniczej na obiad. Takie niby byle co, a zupełnie inne niż w Polsce. Poza tym mogliśmy na przykład zaobserwować, że Amerykanie mają inne podejście do zwierząt i owadów niż my. Dla nas owady domowe to intruzy, których często się brzydzimy. Tymczasem gdy w domu Haidena po blacie kuchennym łaził prusak, to gospodarz wcale się nie wstydził. Nie przestraszył się też wojownika, tylko zgniótł go palcami i obtrząsnął ręce, jakby nic się nie stało. Drugie fajne zdarzenie miało miejsce zaledwie chwilę później, kiedy poproszony o zalanie w kubku herbaty, którą miałem ze sobą, chciał to zrobić ciepła wodą z kranu. Amerykanie piją kawę rozpuszczalną zalewając ją wodą z kranu. Haiden był mocno zdziwiony tym, że poprosiłem go, aby zagotował wodę do mojej herbaty. Takie zwyczaje można poznać tylko wtedy,  kiedy mieszka się razem z tubylcami.

 

A więc Servas działa trochę na zasadzie couch surfingu, czy tak?

Coś w tym guście. Jak się patrzy na biuletyn Servasu, można zobaczyć, że grupuje on ludzi z tzw. inteligencji pracującej – nauczycieli, w tym akademickich, psychologów, ludzi, którzy sami jeździli po świecie i załapali tego bakcyla.

 

Ma także za zadanie ułatwić pewien przepływ idei?

Ale nie ma tam żadnej indoktrynacji. Ludzie zachowują się tak, jak żyją.

 

Czy znajomości nawiązane przez Servas nie kończą się tylko na podróżach? Utrzymuje pan kontakty z ludźmi, u których pan mieszkał?

Tak. Oczywiście – w nawale zajęć kontakty te słabną, ale wysyłamy sobie kartki świąteczne etc. Haiden, u którego byliśmy w Waszyngtonie, przyjechał do mnie trzy lata później, a teraz przesłał mi wyrazy ubolewania z okazji „polish disaster” (po katastrofie w Smoleńsku – przyp. red.). Mail od niego znaczył, że pamięta o nas.... Generalnie w Servas jest tak, że wizyta nie obliguje do rewizyty. Tam jest pełen spontan. Nie chcesz, nie gościsz, chcesz to OK. Jesteś gościem przez 1–2 dni – bez uciążliwości. Ostatnie wyjazd robiłem jednak bez Servasu, bo łatwiej.

 

To znaczy?

Nie musisz pytać, czy możesz, czekać na odpowiedź. Rezerwujesz samolot i jazda.

 

Wyjazd w 2008 roku był spontaniczny?

Tak. Mieliśmy tylko wyznaczone miejsca, które chcemy zobaczyć, i wykupione bilety na imprezy, na których chcieliśmy być – Moto GP na torze w Indianapolis, mecz futbolu amerykańskiego, mecz baseballu White Sox  w Chicago. W „wietrznym mieście” chcieliśmy zobaczyć jeszcze Muzeum Historii Naturalnej, planetarium, Akwarium, Muzeum Nauki i Techniki. Oczywiście, w planach uwzględniliśmy wjazd na Sears Tower – najwyższy budynek w Stanach. Przy okazji wyścigu w Indianapolis – zwiedzanie Muzeum Toru Wyścigowego w Kentucky. Poza tym mamucie jaskinie w Kentucky, Air Force Museum w Dayton, fabryka i muzeum amerykańskiej whiskey Jim Beam, muzeum i fabryka kijów bejsbolowych w Louisville i kilka innych miejsc. To, co zaplanowaliśmy, wykonaliśmy. Dwa tygodnie. Jest co wspominać.

 

A jak przygotowywał się pan do wyprawy na Nordkapp?

O Nordkappie zacząłem myśleć już w 2005 roku. Kupiłem używany, ale solidny motor Moto Guzzi Quota. To takie szosowe enduro – motor już nieprodukowany, ale do uprawiania dalekiej turystyki, nawet po nie najlepszych drogach, bardzo dobry. Zastanawiałem się, jaką trasą jechać – czy najkrótszą, czy dłuższą i obejrzeć przy okazji norweskie fiordy? A może jeszcze inną... I wtedy pojawił się pomysł przejazdu przez Rosję.

 

Jak długo trwały przygotowania?

Przygotowania sprzętowe zajęły mi jakieś pól roku, a ostatnie śruby przykręcałem w dniu wyjazdu. Dużo wcześniej myślałem o tym, jak się do tego zabrać. Jak przygotować motor i nie wydać astronomicznych sum na kufry i inne akcesoria? Co zabrać? Czy korzystać z nawigacji satelitarnej, a jeśli tak, to jakiej i za ile? Pomógł mi mój syn Michał, który pokazał mi, jak działa nawigacja satelitarna w telefonie. Kupiłem stelaż do telefonu na motor, elektryk zainstalował mi w motorze klika gniazdek do zasilania różnych sprzętów, a znajomy zamocował zwykłe skrzynki aluminiowe tak, że wyglądały prawie jak wyczynowe kufry... Na dodatek kolega z klubu Moto Guzzi Club Poland pożyczył mi na wyjazd wzmacniacz swojej konstrukcji do telefonu i dzięki temu podczas jazdy mogłem słuchać muzyki i rozmawiać.

 

Dlaczego wybrał pan trasę przez Rosję?

Między innymi dlatego, że tamtędy niewielu jechało, a samotnie chyba nikt. Ponadto jadąc przez Rosję, jedzie się przez Murmańsk – miasto, do którego jeszcze kilka lat temu człowiekowi z Polski trudno było wjechać.

 

Co oprócz Przylądka Północnego chciał pan zobaczyć po drodze?

Trasa przebiegała m.in. przez Wilno, Tallin, St. Petersburg i Murmańsk. Trzynaście dni i 6200 km. Na pewno odcinek rosyjski był bardzo ciekawy. W Miedwieżogorsku zrobiłem sobie godzinną „progułkę” wypasioną łodzią motorową po jeziorze Onega – drugim co do wielkości w Europie. Kilkanaście kilometrów dalej zobaczyłem kanał Biełomorski oraz miejsca kaźni w Sandarmoch, gdzie w latach1934–1941 rozstrzelano ponad 7 tysięcy ludzi... Na pewno wrażenie robi też Murmańsk. Miasto, do którego jest z St. Petersburga ponad 1500km – czyli prawie tak daleko, jak do Paryża. Wyczuwa się tam wpływy obecności portu i zwiedzających miasto „innostrańców”. Dziewczyny noszą się jeszcze krócej niż w Pitrze! Jest to miasto, które prawie uratowało ZSRR podczas II wojny światowej. Tam właśnie, wykorzystując niezamarzający port, przypływały transporty z amerykańskim uzbrojeniem. Jednak obecnie noc polarna i krótkie chłodne lato powodują, że  ludzie stamtąd uciekają. w latach 90. ubiegłego wieku liczba mieszkańców zmalała o prawie 20%.

 

A sam Przylądek Północny?

No cóż, Nordkapp i ostatnie 100 km dojazdu do niego robią wrażenie. Miałem szczęście, że była wtedy bardzo ładna pogoda i świetna widoczność – a to nie takie częste. Droga jest kręta i nieoznaczona, przeważnie bez barierek ochronnych nad samym morzem.

 

Jak rozwiązał pan problem noclegów? Korzystał pan z namiotu?

Miałem zarezerwowane hotele w Wilnie i w samej Rosji. Tam nocowanie na campingu raczej nie wchodzi w rachubę, bo ich nie ma. A przy drodze trochę strach. Namiot miałem ze sobą, ale ostatecznie korzystałem z niego dwa razy. Temperatury były niskie, więc w nocy na śpiwór zakładałem specjalny worek z folii aluminiowej, który skutecznie ograniczał stratę ciepła. Wadą takiego rozwiązania jest to, że rano śpiwór od zewnątrz jest mokry. To wynik skraplania się ciepłego wewnętrznego powietrza na zimnej folii.

 

Jakie trudności niesie za sobą taka wyprawa motocyklowa?

Na motorze człowiek jest bardziej wystawiony na aurę,  ale o to także chodzi. Mamy głębszy kontakt z przyrodą i otaczającym nas środowiskiem. To jest, według mnie, największa zaleta wypraw motocyklowych. Dlatego też trzeba być przygotowanym na deszcz czy burzę, przed którymi nie osłoni karoseria samochodu. Jazda w takich warunkach staje się bardziej ekstremalna. Ponadto na motor nie zapakujemy tylu gratów, ile jesteśmy w stanie wrzucić do samochodu. Za to jesteśmy w stanie poruszać się nieco szybciej od samochodów. Korki nam nie takie straszne. A dziury w drogach? Tak samo niebezpieczne, ale motorem łatwiej ominąć.

 

Co z tankowaniem i ewentualnymi naprawami?

Tankowanie to bardzo ważna sprawa. Zasięg motocykla na jednym zbiorniku jest o wiele mniejszy niż samochodu. Na mojej Quocie, kiedy jest obciążona, mogę przejechać około 280 km. Kiedy podróżuje się przez mało zamieszkane tereny, tankowanie jest istotniejszym zagadnieniem niż planowanie regularnych posiłków. Nie byłem przygotowany do napraw motoru podczas jazdy na Nordkapp. Na wszelki wypadek miałem tylko zapasowe dętki. Gdyby stało się coś poważnego i motor nie chciałby jechać, zostawiłbym go gdzieś, a potem myślał, jak ściągnąć do kraju.

 

Jaka była pana najbardziej niezwykła przygoda podczas tej wyprawy?

Wracając z samego Nordkappu, jechałem około kilometra za pewnym camperem. W pewnym momencie zwróciłem uwagę, że na drodze, za jadącymi przede mną turystami, pojawiło się jakieś szare pudło. Nawet sobie pomyślałem coś niepochlebnego o pasażerach owego wozu kampingowego. Postanowiłem ominąć pakunek, lecz nagle patrzę, a to nie pudło… tylko wielki orzeł siedzący na małym renie. Przestraszyłem się, bo miałem za dużą prędkość, aby przed nim zahamować. Bałem się, że ptak może chcieć odlecieć, kiedy będę koło niego przejeżdżał, co mogło mieć dla mnie nie najlepsze konsekwencje... Jedyne, co zdążyłem zrobić, to nacisnąć klakson. Ku mojej uldze, wielkie ptaszysko odleciało jakieś dziesięć metrów przede mną... Uff.

 

Gratuluję refleksu.  W 2009 roku był pan również w Katyniu…

Tak. Od kliku lat planowałem wyjazd motorem do Katynia. Jedzie się przez Białoruś, a tego kraju także byłem bardzo ciekaw. Droga znakomita. Nie autostrada, ale taka nasza „gierkówka”, tylko z mniejszą liczbą skrzyżowań, świateł i bez milicji!!! Obwodnica i ulice w Mińsku są bez zarzutu – lepsze od tych warszawskich. Mieszkałem u Białorusinów w Mińsku i podzieliłem się z nimi spostrzeżeniem o braku milicji na drodze. Usłyszałem w odpowiedzi, że Łukaszenka polecił, aby milicja nie przeszkadzała podróżnym jadącym szosą moskiewską... Przekraczanie granicy białorusko-rosyjskiej nie było już takie miłe – mimo braku kontroli paszportowej przeprawa trwała bardzo długo, szczególnie z uwagi na konieczność odprawy czasowej środka transportu.  Jest to denerwujące dla nas, poruszających się po Unii Europejskiej bez zatrzymywania się, ale cóż... Planując wyjazd do Rosji czy Białorusi, trzeba mieć wizę i zagwarantowane noclegi w hotelach (relatywnie drogie) lub u znajomych. Nie ma miejsca na improwizację. To zbyt niebezpieczne, choć mnie akurat nic złego nie spotkało. Podróżowałem samodzielnie, ale nie wiem, czy mogę to polecać.

 

Wyczuwam w tym pewien pociąg do ryzyka. Czy każda planowana przez pana eskapada w założeniu ma być większym wyzwaniem niż poprzednia?

Nie.  Nie przywiązuję do tego wagi. Moje podróże niczego nie mają udowadniać... Są tylko takim, a nie innym sposobem spędzania czasu i wydawania pieniędzy. Czy mam satysfakcje, że wyjazd się udał? Tak, ale dlatego, że mogę powiedzieć innym „Do it! Jest to możliwe dla takich ludzi jak ty!”. Nie piętrzę trudności przed zainteresowanym. Wręcz przeciwnie. Namawiam do wyjazdu innych.

 

Jakie ma pan plany podróżnicze na następne lata?

Zacząłem się zastanawiać nad podróżą motorem nad Ural, ale także wraz z synem nad Bajkał, a może do Australii? Trudno na razie sprecyzować…

 

Życzę zatem powodzenia w kolejnych podróżach i dziękuje za wywiad.

MobilnyFacet.pl - Quota, fot. TRC

Quota, fot. TRC

MobilnyFacet.pl - Po postoju przeznaczonym na drobne naprawy, fot. TRC

Po postoju przeznaczonym na drobne naprawy, fot. TRC

MobilnyFacet.pl - Camping pod Lakselv, 165 km przed Nordkappem, fot. TRC

Camping pod Lakselv, 165 km przed Nordkappem, fot. TRC

MobilnyFacet.pl - Pomnik żołnierza bohatera w Murmańsku, zwany potocznie pomnikiem Aloszy, fot. TRC

Pomnik żołnierza bohatera w Murmańsku, zwany potocznie pomnikiem Aloszy, fot. TRC

MobilnyFacet.pl - Tundra w drodze do Murmanska, fot. archiwum TRC

Tundra w drodze do Murmanska, fot. archiwum TRC

MobilnyFacet.pl - Pod globusem na Nordkappie, fot. archiwum T

Pod globusem na Nordkappie, fot. archiwum TRC

Trwa wysyłanie Twojej oceny...
Jeszcze nie ocenione. Bądź pierwszym który oceni ten wpis!
Kliknij pasek ocen aby ocenić wpis.

Komentarze

Sunshine, 04-02-12 00:30:
Thanks for writing such an easy-to-understand airltce on this topic.
Łukasz, 22-12-10 12:04:
Panowie - 90 z nas pojechałoby ale nie ma czasu i kasy - żadna sztuka. Jak się ma firmę, ludzie na Ciebie pracują to można się bawić.
Krzysiek, 20-12-10 20:30:
Witam.Na Harley,u Równierz dojechałem i wróciłem z nordkapp i nie tylko na takiej wyprawie byłem z moim klubem.Jak ktoś mi mówi ze przejechanie harleyem 600 km na raz jest nie możliwe to albo niewie co mówi albo nie zna zupełnie tych motocykli.Na dowód tego że nie ściemniam zapraszam na naszą stronkę www.gdansk-chapter.pl
klon, 12-08-10 09:48:
----> Robert
a nie motoru?
Robert, 06-08-10 11:04:
marzy mi sie taka wyprawa, ale brak mi odwagi...

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

* - pole wymagane

*
*

Piotr Siegoczyński: Sukces, al...

Pierwszy polski mistrz świata kick-boxingu opowiad...

    Ekologiczna antykoncepcja, fot. sxc.hu

    Ekologiczna antykoncepcja

    Naszej planecie szkodzimy nieustannie. Jazdą samoc...

      Biznes kopany, fot. sxc.hu

      Biznes kopany

      Nie są menadżerami największych korporacji, a zara...

        Paryż, fot. Paulina Bajer

        Paryż w obiektywie

        Wdzięk i urok tego miasta od dziesięcioleci próbuj...

          MobilnyFacet.pl - Wojciech Halejak i Olga Wasiuk, fot. materiał prasowy

          Inauguracja cyklu Mazovia MTB ...

          Wojciech Halejak z grupy HP-Sferis zwyciężył w pie...

            MobilnyFacet.pl - Rodzaje pracy alternatywnej, fot. shutterstock

            Rodzaje pracy alternatywnej

            Praca alternatywna to praca nietypowa. Istnieje wi...

              MobilnyFacet.pl - Jakże ważny tydzień, fot. shutterstock

              Ojcowski tydzień

              Pierwszy stycznia 2010 roku przyniósł ważną zmianę...

                Technologie

                Komputerowe osobistości XX wie...

                W dzisiejszym świecie technologia rozwija się w za...

                  O nas | Reklama | Napisz do nas | Regulamin

                  Copyright © 2010 MobilnyFacet.pl