Mateusz Kusznierewicz: Dobrze się czuję na wodzie, w wodzie i pod wodą
Lista jego osiągnięć ciągnie się bez końca. Na swoim sportowym koncie ma już chyba wszystko. Najlepszy polski żeglarz opowiada o swojej pasji, chorobie morskiej i francuskiej dziennikarce. Rozmowa z Mateuszem Kusznierewiczem.
Dossier:
Data urodzenia: 29 kwietnia 1975 r.
Miejsce urodzenia: Warszawa
Zajęcie: żeglarz
Największy sukces: medalista olimpijski, dwukrotny mistrz świata, pięciokrotny mistrz Europy, wielokrotny zdobywca mistrzostw Polski
Strona WWW: www.kusznierewicz.pl
I.B.: Zacznijmy od samego początku. Gdzie dziewięciolatek zaraził się pasją do żeglarstwa?
M.K.: Faktycznie, jestem przykładem sportowca, który rozpoczął swoją karierę bardzo wcześnie. Pamiętam, że pojechałem na obóz żeglarski i tak właśnie wszystko się zaczęło.
Czy rozpoczęcie treningu w tak młodym wieku jest przepisem na sukces?
Na wszystko w życiu jest odpowiedni czas, na każdą dziedzinę sportu, na wszystkie zajęcia. Znam mistrzów świata, którzy zaczęli karierę sportową nawet w wieku pięciu, czy sześciu lat. Znam też takich, którzy zaczynali znacznie później, w wieku 15–18 lat, i też bardzo dużo osiągnęli. Naprawdę, nie ma na to reguły. Ale, moim zdaniem, najlepszy wiek na żeglarstwo to 8–11 lat.
Jak to możliwe, że jeden z najlepszych żeglarzy w tym kraju cierpi na chorobę morską?
Zgadza się, mnie też dotyczy ten problem. Mam kłopot, gdy porządnie buja, czyli gdy pływam na dużych falach. Mam swoje sposoby, więc dobrze sobie radzę z tą dolegliwością. Stosuję różnego rodzaju medykamenty, tabletki, czasami pomaga korzeń imbiru. Noszę uciskowe bransoletki na nadgarstkach. To wszystko zapobiega mdłościom.
Żeglarz z chorobą morską, to może strach przed wodą też pan kiedyś odczuwał?
Nie. Zdecydowanie nie. Zawsze dobrze się czułem na wodzie, w wodzie i pod wodą.
Zdarzały się panu kiedyś wypaść z łódki? Może ma pan, w zanadrzu jakieś historie mrożące krew w żyłach?
Bez przesady, żeglarstwo nie jest tak niebezpieczną dyscypliną sportu. Nigdy nic złego mi się nie przytrafiło. Parę razy wywróciłem się na łódce, ale większym problemem jest nagimnastykowanie się, żeby przewrócić ją z powrotem. Pamiętam jak dziś, gdy podczas regat w Nowej Zelandii w 1994 roku wypadłem z łodzi tak niefortunnie, że znalazłem się pod żaglem. Oczywiście natychmiast wypłynąłem spod niego i wdrapałem się na kajak, ale jak pomyślę o tych wszystkich rybkach, które też tam były, ciarki przechodzą mi po plecach.
Były jeszcze jakieś ciekawe historie z rekinami, albo orkami?
Widziałem parę razy rekiny, na szczęście tylko te roślinożerne. Gorzej jest z orkami, potrafią być niebezpieczne i nieznośne. Mogą zaczepić i zaatakować. Najmilej wspominam latające ryby, potrafią skakać na kilkanaście metrów. Płyniesz, a tu nagle widzisz przed sobą, jak się unoszą. Niesamowity widok.
Podróże są nieodłącznym elementem pana życia, mogą być niesamowitym doświadczeniem.
To prawda. Bardzo wiele podróżowałem, dzięki temu nauczyłem się samodzielności, zaradności i wytrzymałości. A przy okazji języków. W szkole nigdy nie uczyłem się angielskiego, dopiero podczas wyjazdów dobrze poznałem ten język. Wspaniale wspominam ten czas, który był bardzo pożyteczny dla rozwoju młodego chłopaka.
W domu również jest pan tak zdyscyplinowany?
Tak. Chyba taki po prostu już jestem. Tak to u mnie działa. Ciągłe podróże, sport i żeglarstwo nauczyły mnie tego. A ja zawsze staram się być dobrym w tym, co robię. Każdy jednak ma przecież jakieś słabości.
Jakie są pana słabości?
Ciężko mi wymieniać, to chyba jest zadanie dla innych. Moja żona mówi, że nie mam żadnych wad (śmiech). A tak serio, może czasami za bardzo angażuje się w to, co robię. Zdarza się, że przesadzam z pracą. Za często chcę zrobić coś lepiej niż trzeba.
Na Mistrzostwach Europy w 2010 roku zdobył pan srebro. To ogromny sukces, ale czy nie miał pan do siebie pretensji, że to jednak nie złoto?
Nie. Jestem pełen szacunku i respektu dla swoich rywali. Zawsze ze spokojem przyjmuję to, co otrzymuję. Oczywiście, czasami czegoś zabraknie, odrobiny szczęścia. Ale po tylu latach rywalizacji i ścigania się nie jestem już na nic zły. Po prostu cieszę się z miejsca, które osiągnąłem, bo wiem, że akurat w tym momencie nie mogłem być lepszy. Nie było mnie stać na zajęcie lepszej pozycji, bo być może za mało trenowałem. Czasami wielką radością jest dla mnie zajęcie szóstego miejsca, tak jak w regatach o puchar świata na Majorce. Bywa tak, że ktoś jest po prostu lepszy. A naprawdę towarzystwo, z którym żegluję, to prawdziwi mistrzowie.
Trzeba się cieszyć z tego, co się ma – to jest moje motto. Zawsze trzeba mierzyć siły na zamiary.
Jak udaję się panu łączenie pracy z rodziną?
Staram się mieć wszystko uporządkowane i dobrze zaplanowane. Każdą wolną chwilę spędzam z rodziną, albo przyjaciółmi. Całkiem dobrze mi to wychodzi. Dużo wyjeżdżam, ale pilnuję, żeby częstotliwość i długość wyjazdów były znośne dla mojej rodziny. Zostało tylko półtora roku do igrzysk olimpijskich w Londynie, więc muszę wystartować w paru istotnych regatach. Mam swój cel, który skonsultowałem już z rodziną i wspólnie staramy się go osiągnąć.
Popularność panu pomaga czy raczej przeszkadza?
Rzadko przeszkadza. Odbieram to bardzo pozytywnie. Zazwyczaj, większość osób podchodzi do mnie z uśmiechem na twarzy. Często słyszę miłe słowa. Cieszę się, że mogę sprawić komuś radość związaną z tymi wszystkimi, sportowymi emocjami. Traktuje to jak nagrodę. Mam z tego prawdziwą satysfakcje. Zauważyłem, że moje sukcesy wywołują pozytywne reakcje. Miło mi z tego powodu. Choć, muszę przyznać, czasem uciekam od takich miejsc, jak Krupówki. Bo zdarza się, że nie mogę iść w takim tempie, jakbym chciał.
A popularność wśród… kobiet?
Nie zwracam na to szczególnej uwagi.
Pamięta Pan jeszcze francuską dziennikarkę…?
(Po chwili zaskoczenia…) Tak, było coś takiego, chyba po Atlancie w 1997 roku. Jakaś dziewczyna podała się za dziennikarkę i umówiła się ze mną na wywiad. Później przyznała się, że wymyśliła tę całą historię tylko po to, by mnie poznać.
Nie zorientował się pan, że coś tu nie gra?
Nie. Widać kobiety doskonale znają się na sztuczkach, jak uwieść mężczyznę. Naprawdę, uśmiałem się, kiedy wszystko wyszło na jaw.
I na śmiechu się skończyło?
Tak.
OK. Wierzę panu na słowo. Dziękuję za rozmowę i życzę wiatru w żaglach.
Komentarze
Dodaj komentarz
Dodaj komentarz
Zimne ręce – gorące serce
Temperatura na minusie, mroźny wiatr zrywa czapki z głów, śnieg skrzypi pod stopami – zima na dobre...













