Krzysztof Hołowczyc: Adrenalina mnie napędza
Jeżeli o kimś można powiedzieć „człowiek sukcesu”, to z całą pewnością o nim. Właściwie wszystko, czego dotknie, zamienia w złoto. Nie dość, że podoba się kobietom, to dla wielu mężczyzn jest wzorem do naśladowania. Z Krzysztofem Hołowczycem rozmawiamy o rajdach, adrenalinie, wypadkach, rodzinie, polityce i sukcesie.
Dossier
Data urodzenia: 4 czerwca1962 r.
Miejsce urodzenia: Olsztyn
Dyscyplina: kierowca rajdowy
Zajęcia: prezenter telewizyjny, w latach 2007–2009 poseł do Parlamentu Europejskiego z listy Platformy Obywatelskiej
Największe sukcesy: mistrz Europy 1997 r., mistrz Polski w latach 1995, 1996, 1999, piąte miejsce w rajdzie Dakar 2009 r., piąte miejsce w klasyfikacji generalnej rajdu Dakar 2011 r.
Strona internetowa: www.holek.pl
Ł.O.: Kiedy pierwszy raz wsiadł Pan za kierownicę?
K.H.: Bardzo wcześnie. Może to będzie dla niektórych zaskoczeniem, ale miałem wtedy cztery lata. Mogłem tego dokonać dzięki mojemu tacie, za co jestem mu do dzisiaj bardzo wdzięczny. Trzeba pamiętać, że w latach 60. ubiegłego wieku nie każdy czterolatek mógł sobie pozwolić na własne cztery kółka.
Czy pamięta Pan swój pierwszy samochód?
Oczywiście! To był piękny, mały kabriolet coupé z 1962 roku, napędzany siłą mięśni, tzn. był „na pedały” i miał karoserię z tektury. Jak przez mgłę, ale jednak do dzisiaj pamiętam te emocje, jakie towarzyszyły moim pierwszym przejażdżkom. Podobno nie można mnie było zapędzić do stołu na obiad, bo nie miałem na nic innego czasu, poza prowadzeniem mojego auta. Właśnie od tego samochodu wszystko się zaczęło.
Kiedy zrozumiał Pan, że chce ścigać się w rajdach?
Już w moich dziecięcych marzeniach wyobrażałem sobie, że przemierzam samochodem długie i trudne trasy. Co prawda, była to tylko leśna, podolsztyńska droga, ale ja miałem przed oczami niezmierzone przestrzenie, które – warcząc i burcząc pod nosem – pokonywałem w skupieniu i z wielkim zacięciem. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że zostanę kierowcą rajdowym, ale wiedziałem, że kocham to robić. Kiedy dorosłem, ojciec pożyczał mi swojego dużego fiata. Tak zacząłem realizować swoje młodzieńcze marzenia. Dzięki temu mogłem wystartować w pierwszych KJS-ach (Konkursowa Jazda Samochodem – przyp. red.) i w ten sposób zapoczątkować moją rajdową karierę.
Zawodowcy o tym nie myślą, bo wypadki są wkalkulowane w zawód kierowcy rajdowego. Każdy z nas wie o tym bardzo dobrze. Nie można się nad tym zbytnio zastanawiać. Jeżeli jesteś rajdowcem, tego rodzaju rozważania powodują, że nigdy nie będziesz w stanie walczyć o zwycięstwo z narażeniem życia. Ostra i bezkompromisowa rywalizacja często tego wymaga. Trzeba to zaakceptować. Ja takich dylematów mieć z pewnością nigdy nie będę. Ryzyko jest stałym i naturalnym elementem w moim zawodzie.
Pamięta Pan jakiś wyjątkowy wypadek?
Uczucie otarcia się o tę cienką granicę miewałem często i wcale nie trzeba było mieć jakiegoś klasycznego wypadku. Do tego wystarczy ekstremalnie niebezpieczny zjazd z wydmy wysokości kilkudziesięciopiętrowego wieżowca, niemal pionowo w dół. Podczas jednego takiego zjazdu tylne koła zaczęły odrywać się od ziemi i samochód był bliski dachowania przez maskę. Tylko zimna krew i doświadczenie pozwoliły mi wyjść z tej opresji bez szwanku. Gdyby coś wtedy poszło nie tak, być może dzisiaj nie udzielałbym tego wywiadu.
O czym się myśli, spadając z wydmy?
W takich chwilach miewam bardzo mieszane uczucia, jak każdy normalny człowiek. Też się boję i odczuwam bardzo silne emocje. Jednak wówczas bierze u mnie górę wola walki i przetrwania, a jednocześnie zawsze zachowuję zimną krew i jasny umysł. Nigdy się nie poddaję i twardo walczę do końca. Wierzę głęboko, że między innymi dzięki tym cechom jestem dzisiaj cały i zdrowy.
Komentarze
Dodaj komentarz
Dodaj komentarz
Zimne ręce – gorące serce
Temperatura na minusie, mroźny wiatr zrywa czapki z głów, śnieg skrzypi pod stopami – zima na dobre...















