Dossier:
Data i Miejsce urodzenia: 28 grudnia 1966 roku
Miejsce zamieszkania: Płock
Zawód: Muzyk
Hobby: Muzyka
M.G.: Twoja pracą jest tylko granie w Farben Lehre?
W.W.: Już na samym początku grania FL, kiedy każdy z nas podejmował jakieś prace, żeby się utrzymać, a granie nie było naszym źródłem utrzymania, mówiłem, żeby doprowadzić zespół do pewnego poziomu, pułapu i dokonać twardego wyboru – albo muzyka, albo fabryka. Nie można połączyć pracy w fabryce, szkole czy urzędzie z dobrym funkcjonowaniem zespołu, bo zespół profesjonalny to taki, w którym wszyscy grający są w pełni dyspozycyjni. Trzeba zrobić próbę we wtorek, zagrać w środę koncert czy pojawić się w czwartek tu i tam, więc nie może być takich sytuacji, że ktoś ma pracę czy inne zajęcia. Nie ukrywam, że przez lata dążyliśmy do tego, by osiągnąć taki właśnie poziom i teraz jedynym zajęciem dającym źródło utrzymania jest zespół. Muzyka to zawód. To hobby połączone z zawodem.
Ile koncertów w roku gracie?
Od trzech lat mamy około 100 koncertów rocznie, w poprzednim było 110, czyli właściwie gramy co trzeci dzień.
Jak wrażenia po Jarocinie?
Na Jarocinie pojawiłem się w tym roku prywatnie, w charakterze widza. Czasami lubię jechać w taki właśnie sposób, na luzie, nie stresować się swoim występem, mam więcej czasu, żeby zobaczyć, co się dzieje. Magnesem, który przyciągnął mnie do Jarocina była hiszpańska kapela SKA – P. Pewnie gdyby nie oni, w ogóle by mnie tam nie było. Miło jednak było zobaczyć Flogging Molly czy, po trzech latach przerwy, Pidżamę Porno. Ten festiwal niczym nie przypomina tego, co pamiętam z lat 80. Dla jednych to dobrze, że jest to kolejny piknik rockowy, a dla innych, między innymi dla mnie, szkoda, że nie ma tego ducha poprzednich lat.
O tegoroczny przystanek Woodstock też zahaczyłeś?
Nie, ponieważ w weekend, w którym był Przystanek, my graliśmy dwa koncerty. Jeden na Force Atack, największym punkowym festiwalu w Europie. Dodam, że mieliśmy zaszczyt grać tam jako pierwszy polski zespół. Dwa dni później występowaliśmy na Ukrainie. Musieliśmy więc najpierw przejechać całe Niemcy, potem przez Polskę i aż na południe Ukrainy. Wracając jeszcze do samego festiwalu, nie rozumiem polityki organizatorów, żeby zapraszać coraz więcej zachodnich wykonawców, a ograniczać ilość Polskich zespołów. Dla mnie Woodstock miał zawsze silny związek z WOŚP, a co za tym idzie, z zespołami grającymi na finale. Ściąganie coraz większej ilości zespołów z Anglii i Niemiec rozrywa, moim zdaniem, ten związek. Trzeba jednak uszanować też fakt, że Jurek Owsiak robi tę imprezę od wielu lat i obranie takiej właśnie drogi to jego decyzja.
Wróćmy do Farben Lehre. Jak zrodziła się idea, pomysł założenia zespołu?
Pierwszy zespół założyłem w liceum. Graliśmy rovery, np. Republiki, Kryzysu. Była to zabawa, która skończyła się wraz z końcem szkoły. Gdy rozpocząłem studia, pojawił się pomysł założenia poważnego zespołu. Dogadałem się z Markiem Knapem, znaliśmy się z czasów liceum. Później „dokoptowaliśmy” gitarzystę i basistę, wymyśliliśmy nazwę i tak powstało Farben Lehre. Na początku mieliśmy mieć próby w Jagiellonce, ale po pewnym koncercie, który nie spodobał się dyrekcji, zostaliśmy relegowani stamtąd i zeszliśmy do garażu.
Inspiracje?
Jeżeli chodzi o teksty, inspiruje i inspirowało nas życie. Są to schematy niewyczerpalne i zawsze dające tematy i natchnienie. Natomiast, jeżeli chodzi o muzykę, rzecz polega na tym, żeby zachować odpowiedni dystans między tym, czego się słucha, a tym, co się wykonuje. Nie sposób słuchać jakiejś muzyki i małpować ją we własnej kapeli. Nie ukrywam, że FL zaczynało od coverów KSU czy Kazika. Z czasem zaczęliśmy robić i grać swoje utwory i staliśmy się pełnoprawnym zespołem, ze swoim materiałem. Nie znaczy to, że nie gramy już coverów. Z okazji 20-lecia działalności zespołu wydaliśmy całą płytę z coverami.
Kto odpowiada za teksty?
Od początku piszę je ja. Nie lubię śpiewać cudzych tekstów. Dla mnie najbardziej naturalną drogą jest śpiewanie tego, co moje, tego, co czuje, o czym myślę. Początki były trudne, ale z czasem zacząłem być z nich zadowolony.
Jaki koncert, festiwal zapadł wam najbardziej w pamięć?
Nie będę oryginalny, kiedy powiem, że największe wrażenie zrobił na mnie Woodstock. Wyszliśmy na scenę o północy, nagrywaliśmy wtedy DVD, koncert był transmitowany w TVP2, a nam uginały się nogi. To naprawdę niezapomniane przeżycie, kiedy po kilkunastu latach występów wychodzi się na scenę, czuje się stres i uginające się przed publiką kolana.
Wolicie grac na dużych imprezach czy na małych kameralnych koncertach?
To pytanie z gruntu stawia pewną tezę, z którą się nie zgadzam. Sugeruje, że dobry koncert zależy od miejsca. Atmosferę tworzą ludzie i zespół. A miejsce nie ma znaczenia. Zarówno na Woodstocku można zagrać świetny koncert, jak i na maleńkiej scenie w mało znanym klubie. Bardzo ważny jest nastrój, forma zespołu i fanów. Człowiek czasami jest w formie, a czasami nie. Niekiedy zdarza się, że wstajesz lewą nogą, coś cię boli, coś cię drażni. Dlatego ja nie widzę różnicy w graniu dużych czy małych imprez. Oczywiście, w małym klubie jest większa szansa na zrobienie dobrego koncertu.
Rodzi się jakaś nowa płyta czy nadal zajmujecie się promocją „Ferajny”?
Nie ukrywam, że media nas nie rozpieszczają. W związku z tym promocję „Ferajny” musimy przedłużyć w czasie. A nowa płyta ma już tytuł. Pół roku temu obwieściłem światu, że nowy krążek będzie się nazywał „2012”. Nie może się więc ukazać wcześniej, jak w 2012 roku. Do premiery krążka mamy więc jeszcze co najmniej półtora roku, albo nawet dwa i pół. Bo może ona być wydana zarówno pierwszego stycznia, jak i 31 grudnia. Chyba że wcześniej spełni się przepowiednia Majów – wówczas płyta się nie ukaże. W przyszłym roku zespół obchodzi 25-lecie działalności i z tej okazji szykujemy parę jubileuszowych rzeczy. Wydamy płytę w stylu „the best of”, nasze ulubione piosenki. Do tego wydamy koncert na DVD z roku ‘94, nagrany w Płocku. Takie są nasze plany na najbliższy czas, najbliższe dwa lata.
Bardzo dziękuję za wywiad i do zobaczenia na koncertach!
Komentarze
Dodaj komentarz
Dodaj komentarz
Zimne ręce – gorące serce
Temperatura na minusie, mroźny wiatr zrywa czapki z głów, śnieg skrzypi pod stopami – zima na dobre...











