Kochanie, a może weźmiemy… rozwód?
Wybuchowy sylwester, głośna parapetówka, oblewanie awansu… Tak, niewątpliwie lubimy świętować wielkie wydarzenia w naszym życiu. Czemu więc do tego sympatycznego grona nie dołączyć jeszcze jednej okazji? Skoro wyprawiamy huczne wesela, może weźmiemy też… huczny rozwód?
Liczby nie pozostawiają złudzeń – Polska zajmuje drugie miejsce pod względem złożonych wniosków o unieważnienie ślubu kościelnego. Bynajmniej nie chodzi o to, że jako drudzy składamy ich najmniej. Wyżej od nas są już tylko Włosi. Nie powinno to jednak nikogo dziwić, gdyż jest to naród namiętny, ale z miłością bywa u nich różnie. Włosi dużą część swojego czasu przeznaczają na mówienie o niej, w czym nie byłoby nic złego, gdyby nie fakt, że resztę wolnych chwil wypełniają im zdrady. U nas również sytuacja nie przedstawia się zbyt różowo. Doszło już do tego, że liczba rozwodów dwukrotnie przekroczyła liczbę zawieranych ślubów i oscyluje w okolicach 70 tys. rocznie, podczas gdy w 2000 r. było ich tylko 43 tys. Około 20% małżonków rozwodzi się już po czterech latach wspólnego życia. Na domiar złego przybyło par, których drogi rozeszły się po zaledwie jednym roku. Wszystko to wydaje się dosyć dziwne, zwłaszcza, że aż 80% Polaków uważa małżeństwo za ważne, a 2% więcej twierdzi, że ślub kościelny ma dla nich większe znaczenie niż cywilny. Mimo to, aż 94% społeczeństwa akceptuje rozwody, a jako ich powód najczęściej wymienia przemoc, zdradę oraz różnego rodzaju uzależnienia.
Kap, kap, płyną łzy…
Rozwody nie kojarzą się nam z niczym przyjemnym. Krępujące posiedzenie na sali sądowej, dowodzenie swojej niewinności, potępienie w oczach konserwatywnych rodziców… Najłagodniejsza i zarazem najmniej stresująca jest decyzja o rozwodzie bez orzekania o winie. Pozwala ona uniknąć niepotrzebnych emocji, wyzwisk, rzucania przysłowiowym mięsem, wymyślania teorii spiskowych czy wyciągania „starych brudów”. Niemniej jednak, nawet takie rozstrzygnięcie jest często powodem smutku. Panowie podenerwują się chwilę, ale stosunkowo szybko dojdą do siebie. Często wystarczy im wspólny wypad z kolegami do klubu, wypicie kilku „głębszych” i powoli wszystko wraca do normy, a życie toczy się dalej. Kobietom natomiast rozstania nie przychodzą tak łatwo. Trudno im się otrząsnąć, przeżywają na powrót wszystko od nowa, począwszy od wczesnej znajomości aż do rozprawy na sali sądowej. Jeszcze długo wypłakują sobie oczy, odczuwają złość, smutek, żal i przygnębienie. Przykrą prawdą jest to, że wciąż nie potrafimy rozejść się z klasą. Z zakochanych w sobie bez pamięci zmieniamy się nierzadko w przeciwników i zajadłych wrogów.
I ślubuję nie być ci wrogiem…
Okazuje się jednak, że mamy wystarczająco dużo przykrych momentów w życiu i wizja kolejnych tym bardziej nas nie uszczęśliwia. Z tego właśnie powodu zrodził się pomysł, aby smutny dzień rozwodu przekształcić w radosne świętowanie, które pomoże nam uporać się z przygnębiającym rozmyślaniem. Chociaż prym w tej dziedzinie wiedzie, jak zwykle, Ameryka, i u nas forma ta spotyka się z zainteresowaniem, choć jeszcze nie tak wielkim.
Imprezy rozwodowe, bo o nich mowa, to ciekawa alternatywa dla tych, który preferują pokojowe rozstania. Polegają one przede wszystkim na zabawie, w której małżonkowie wspólnie biorą udział. Towarzyszą im przyjaciele i znajomi. Rodzicom oczywiście nie zabrania się wstępu, jednak nie zawsze chcą oni skorzystać z tego przywileju. Spotkanie może odbyć się również tylko „połowicznie”, to znaczy, że uroczystość taką może wyprawić sam mąż lub żona. Wszystko toczy się w miłej i luźnej atmosferze, a nierzadko towarzyszą temu także częste salwy śmiechu. Nikt jednak nie chce w ten sposób nikogo urazić czy wyśmiać. Świadczy to tylko o dobrej zabawie.
Komentarze
Dodaj komentarz
Dodaj komentarz
Zimne ręce – gorące serce
Temperatura na minusie, mroźny wiatr zrywa czapki z głów, śnieg skrzypi pod stopami – zima na dobre...











