Ekologiczna antykoncepcja
Naszej planecie szkodzimy nieustannie. Jazdą samochodem, marnotrawstwem energii, używaniem niebiodegrowadalnych materiałów i niesegregowaniem odpadów. Naukowcy wbijają nam do głów niepodważalną prawdę, że niszczymy środowisko nawet działaniami na małą skalę. Kto by pomyślał, że bezpieczny seks jest… nieekologiczny?
Ratunku! – to pierwsza myśl, która przychodzi do głowy, gdy zaangażowani obrońcy praw Ziemi próbują nam wyjaśnić, że naszą Matkę zabijamy niemal na każdym kroku. Niektóre rzeczy łatwo nam pojąć: dlaczego zakręcać wodę podczas mycia zębów, dlaczego odkładać surowce wtórne do osobnego pojemnika na śmieci, dlaczego wyłączać z prądu telewizor czy monitor, żeby nie zostawał w stanie czuwania. Kiedy jednak zaczniemy przyglądać się ekofilozofii i drążyć temat, czy życie zgodnie z naturą, a jednocześnie przeżycie w dzisiejszym świecie jest w ogóle możliwe, pojawiają się poważne wątpliwości.
Paradoksy
Czy wiedzieliście, że ekologiczne sklepy sprowadzają niektóre biowarzywa z drugiego krańca globu, przez co ich nabywca płaci za kosztowny transport samolotem – napędzanym paliwem, które z ekologią ma niewiele wspólnego? Czy sądzicie, że kura wychowana na podwórku ląduje w rosole innym sposobem niż kura z chowu klatkowego? Z czego pobiera prąd samochód elektryczny – czy nie z elektrowni przetwarzającej takie surowce, jak węgiel, którego spalanie powoduje wydalanie do atmosfery CO2?
Ekoseks? Nie w gumce, nie z pigułką
Wydaje się, że nie ma nic bardziej naturalnego niż seks. No dobrze, trochę sobie go skomplikowaliśmy i postawiliśmy pewne wymagania. Seks musi być bezpieczny i niekoniecznie kończyć się ciążą. Najpopularniejszym sposobem są oczywiście prezerwatywy. Ktoś wam kiedyś uświadomił, że ich biodegradacja trwa latami? Jakiś czas temu pojawiły się na rynku gumki z owcy (powrót do korzeni, w końcu kiedyś stosowano baranie jelita). W zasadzie słowo „gumki” do nich nie pasuje. W dodatku nie chronią przed chorobami wenerycznymi. Owcze prezerwatywy dla baranów?
Wszelkie środki chemiczne, przede wszystkim tabletki antykoncepcyjne, są nieekologiczne z dwóch powodów. Po pierwsze, wszelkie ingerencje w cykl płodności są sprzeczne z naturą. Po drugie, łykanie tabletek nie kończy się wpływem tylko na jeden organizm. Co się zjadło, trzeba wydalić. Badania przeprowadzone w Wielkiej Brytanii na rybach żyjących w rzekach, do których spuszczane są ścieki z kanalizacji, udowodniły wpływ kobiecego moczu na gospodarkę hormonalną tych zwierząt. Ryby zaczęły tracić tożsamość płciową! I przestały się rozmnażać. Również plastry czy zastrzyki hormonalne nie uchronią rzek przed wydalaniem estrogenu z organizmu razem z moczem.
Jak się kochać?
Z ekologicznych sposobów zostają nam: kalendarzyk (metoda zwana również „co rok prorok”), stosunek przerywany (nie dla frustratów), seks oralny (wystarczy na trochę), seks analny (dla koneserów), spirala bez hormonów (kosztowna i kłopotliwa), irygacja postosunkowa wodą z octem (spytajcie babci), no i szklanka wody zamiast.
Nie, powiedzmy sobie wprost: ekologiczna antykoncepcja, która pozwala na bezpieczny stosunek (tzn. zapobiegnie ciąży i rozprzestrzenianiu się chorób wenerycznych), nie istnieje. Pozostaje więc mieć nadzieję, że drzewa kauczukowe wybaczą nam rozpasanie. Może wystarczy zorganizować akcję „kup paczkę prezerwatyw, a wspomożesz plantację kauczuku”…
A może wy macie jakiś pomysł na ekologiczną antykoncepcję…?
Komentarze
Dodaj komentarz
Dodaj komentarz
Zimne ręce – gorące serce
Temperatura na minusie, mroźny wiatr zrywa czapki z głów, śnieg skrzypi pod stopami – zima na dobre...











