- Strona główna »
- Biznes »
- Własny biznes »
Marcin Najman – menadżer „produktu” Marcin Najman
Na swój sukces pracuje nie tylko na sali treningowej, używając skakanki, rękawic i worków treningowych. Równie ważnymi atrybutami są w tym przypadku kalendarz, laptop i telefon komórkowy. Na sali treningowej jest bokserem, ale kiedy ją opuszcza – menadżerem i właścicielem firmy. Dzisiaj rozmawiamy z Marcinem Najmanem o biznesowej stronie zawodowego sportu.
Dossier:
Data urodzenia: 13 marca 1979
Miejsce urodzenia: Częstochowa
Zajęcie: bokser i swój własny manager, od 10 lat prowadzi firmę Najman Box, od niedawna bierze udział w walkach MMA
Ł.O. Jak to jest być menadżerem produktu, którym się osobiście jest?
M.N.: Przede wszystkim ma się wszystko pod kontrolą, co jest wielkim plusem. Ponadto, praca na własny sukces i we własnym interesie jest najlepszą motywacją. Jednak czai się tu pułapka, w którą można czasem wpaść. Istnieje ryzyko nieobiektywności w ocenie swojej atrakcyjności, jako produktu na rynku. Nie zawsze łatwo jest złapać odpowiedni dystans do siebie i spojrzeć na daną sytuację z czysto biznesowego punktu widzenia. Myślę, że to największa trudność i zagrożenie, jakie wiąże się z byciem swoim własnym menadżerem.
Czy pod względem biznesowo-marketingowym obserwuje Pan poczynania swojej konkurencji?
Oczywiście, bacznie przyglądam się swojej konkurencji. Muszę jednak przyznać, że to raczej ja wyznaczam nowe kierunki pod tym względem i mnie trzeba obserwować. Zamiast patrzeć na innych, staram się być zawsze o krok przed nimi.
Jak to się objawia?
Staram się profesjonalnie podchodzić do współpracy ze sponsorami i umiejętnie wykorzystywać możliwości, jakie daje widowisko sportowe. Kiedy zaczynałem swoją bokserską karierę, niewyobrażalnym było, żeby ktoś miał na spodenkach coś więcej, poza swoim imieniem i nazwiskiem. Zobaczmy, co dzieje się teraz. Oczywiście, nie uważam się za prekursora wykorzystywania w boksie stroju sportowego, jako powierzchni reklamowej. To na pewno by się stało, prędzej, czy później. Jednak z pewnością byłem jedną z pierwszych osób, biorących na poważnie wymiar marketingowy sportu, który uprawiam. Teraz wielu bokserów, występujących na najwyższych szczeblach, ma na swoich spodenkach reklamy. Trzeba sobie uświadomić, że sport to nasz zawód i my musimy na nim zarabiać. Nie możemy tego robić jedynie dla laurów i sławy, jak starożytni olimpijczycy. Poświęcam temu zajęciu mnóstwo czasu, ciężkiej pracy na treningach i sporo zdrowia podczas walk. Boks to moja pasja, ale z czystej satysfakcji nie da się utrzymać.
Na konferencji przed KSW 14 tylko Pan pojawił się stroju sponsorskim. Czy to znaczy, że inni zawodnicy nie dbają tak o ten wymiar marketingowy, jak Pan?
Zgadza się, na konferencji przed KSW 14 w takim stroju pojawiłem się tylko ja. Jednak nie wiem, na ile zaważyły na tym decyzje samych zawodników, a na ile zapisy w kontraktach. W tym sporcie umowa na walkę z każdym podpisywana jest indywidualnie. Ja zapewniłem sobie taką możliwość. W przypadku pozostałych zawodników, prawdopodobnie zostało to zastrzeżone w umowie. Jestem pewien, że zrekompensowały im to kwoty zaoferowane za walkę. Przykładem osoby, która świetnie promuje się jako produkt, jest Mariusz Pudzianowski. Pod względem umiejętności chylę przed nim czoła i jestem pewien, że źle na tym nie wyszedł. Każdy kalkuluje, co jest dla niego najlepsze. Czy bardziej się opłaca pozyskać sponsorów, czy wynegocjować wyższą kwotę za walkę. To wszystko zależy też od tego, jakiego ma się menadżera i kontakt z nim. Ja nie mam tego problemu.
W polskim boksie zawodnicy mają swoich menadżerów czy sami się promują?
Powoli sytuacja w Polsce zaczyna przypominać to, co jest w USA od wielu lat. Tam każdy zawodnik ma swojego promotora. Ten człowiek ma pod swoimi skrzydłami wielu sportowców i organizuje im walki, płaci za nie i wymaga odpowiedniego poziomu. Bokserzy mają również swoich menadżerów. Oni z kolei są ustami zawodnika, który przez tę osobę porozumiewa się ze swoim promotorem. Menadżerowie są to ludzie operatywni i przedsiębiorczy, którzy swoją pracą pozwalają zawodnikowi skupić się wyłącznie na aspekcie sportowym swojej profesji. W USA tak to funkcjonuje od lat, chociaż oczywiście zdarzają się wolni zawodnicy. W Polsce też się tacy zdarzają, chociaż coraz rzadziej. Zazwyczaj bokser ma swojego promotora, co jest standardem od lat. Od jakiegoś czasu wokół zawodników pojawiają się również menadżerowie czy też ludzie odpowiedzialni za dbanie o ich interesy. Można powiedzieć, że idziemy w kierunku amerykańskiego modelu.
Wiedza dotycząca organizacyjnej strony sportu przyszła z czasem, czy miał Pan ją już zaczynając?
Akurat tak się składa, że miałem. Widzę zdziwienie na twojej twarzy i już wyjaśniam, dlaczego. W Częstochowie mamy wspaniałą drużynę żużlową. Jestem wielkim fanem tego sportu. Na pierwsze mecze zabierał mnie ojciec, kiedy jeszcze chodziłem w pieluchach. Wychowałem się na tym. To jest dla mnie drugi sport po boksie. Przez lata obecności na stadionach żużlowych miałem okazję zobaczyć, jak ten sport funkcjonuje od strony organizacyjnej i marketingowej. Widziałem zawodników z reklamami na strojach od stóp do głów. Oni ze swoimi klubami od lat współpracują w ten sposób, że mają założoną działalność gospodarczą. Ja przeniosłem to na grunt bokserski. Stąd wzięła się moja wiedza. Teraz sądzę, że jestem już na wyższym poziomie niż wielu żużlowców. Chociaż, oczywiście, pewnie są tacy, którzy biją mnie pod tym względem na głowę.
Jaka jest specyfika środowiska boskerskiego pod względem marketingu sportowego?
Bokserom o wiele więcej wolno. To nie muszą być krystaliczne postacie. Im pewne słabości i grzeszki można wybaczyć. Dlatego źli chłopcy w boksie często robią karierę. Ta niekiedy niechlubna przeszłość nie zraża ani fanów, ani organizatorów walk. Chociaż są sponsorzy wymagający nieskazitelnego wizerunku. W większości przypadków jednak, jeśli ktoś decyduje się na usługi reklamowe, jakie swoim wizerunkiem świadczy bokser, to chce powiązać swoją firmę z takimi wartościami, jak siła, moc, a czasem nawet agresja. Dlatego właśnie bokser nie zawsze musi być krystaliczną postacią.
Czy bierze Pan pod uwagę możliwość zostania czyimś managerem po zakończeniu kariery?
Kiedyś zapewne nadejdzie moment, w którym skończę karierę sportową. Jeszcze nie myślałem poważnie o tym, co będę wtedy robił. Biorę, oczywiście, pod uwagę możliwość zostania czyimś menadżerem. Muszę się jednak do czegoś przyznać. Mam nadzieję, że nie zabrzmi to zbyt egocentrycznie. Najlepiej wychodzi mi działanie, kiedy robię coś we własnej sprawie. Wtedy doskonale się motywuję i mogę działać przez cały czas na pełnych obrotach.
Czemu nie? Widzę w Panu bardzo profesjonalne biznesowe i organizacyjne podejście do tego, czym się Pan zajmuje.
W tym roku na pewno będę starał się zorganizować galę bokserską, pod koniec października. Być może faktycznie takimi rzeczami w przyszłości się zajmę. Wielu ludziom z mojego otoczenia wydaje się, że jest byłaby to naturalna kolei rzeczy. Mój wielki przyjaciel, Jerzy Kulej, który doradza mi od lat, również tak twierdzi. Kto wie, może jestem na to skazany?
Dziękuję za rozmowę.
Komentarze
Dodaj komentarz
Dodaj komentarz
Zimne ręce – gorące serce
Temperatura na minusie, mroźny wiatr zrywa czapki z głów, śnieg skrzypi pod stopami – zima na dobre...











